Felieton 25 Feb 2016 | Redaktor
Trzeba, by On panował…

Psy i kundle [FELIETON]

Felieton 17 Dec 23:00

Tegoroczny Wielki Post jest dla Polaków szczególnym okresem. Zwrócił na to uwagę Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Jan Tyrawa w swoim liście do diecezjan na Wielki Post. Powinniśmy bowiem w tym szczególnym okresie przygotowania oczyścić serca nie tylko ze względu na coroczne obchody Zmartwychwstania Pańskiego, ale dobrze przygotować się także do jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski.

Jubileusze były obchodzone już w czasach Starego Testamentu, a w Kościele katolickim od późnego Średniowiecza znana jest tradycja Roku Świętego, obchodzonego najpierw co 100 lat, potem co 50, a od XV w. co 25 lat.

Papieże co pewien czas ogłaszają też Jubileusze Nadzwyczajne, gdy istnieje jakaś szczególna i ważna okazja. Nasz polski jubileusz 1050-lecia chrztu zbiegł się akurat z takim nadzwyczajnym Rokiem Jubileuszowym, którym jest ogłoszony przez Franciszka Rok Miłosierdzia, mamy więc podwójną okazję do uroczystego świętowania.

Chciałbym przy tej okazji poświęcić uwagę niezwykle ważnemu wydarzeniu, które Episkopat Polski przygotowuje na zakończenie Roku Świętego. Mam na myśli akt intronizacyjny, czyli ogłoszenie lub, precyzyjniej, uznanie Pana Jezusa Królem, który to akt będzie odczytany w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia 19 listopada, w przededniu uroczystości Chrystusa Króla.

Od Mieszka do Wazów

Warto w tym miejscu dokonać krótkiego spojrzenia na nasze 1050-letnie dzieje. Kiedy w 966 roku książę Mieszko przyjmuje chrzest, przyjmuje sakrament osobiście, ale przyjmuje go też jako głowa państwa i tym samym wprowadza Polskę do grona państw uznających, że „wszelka władza pochodzi od Boga”.

Następny akt szczególnego znaczenia rozegrał się w wieku XVII. Rzecz rozpoczęła się już w poprzednim stuleciu od młodego chłopca – Stanisława Kostki, który wbrew woli rodziców wstąpił do jezuitów i zmarł w opinii świętości. W 1608 roku włoskiemu jezuicie Giulio Mancinellemu ukazuje się Matka Boża, u której stóp klęczy św. Stanisław Kostka (którego o. Guilio znał) i pyta: „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam”. Mancinelli, mimo sędziwego wieku, dociera do Polski i informuje o swoich objawieniach króla Zygmunta III i biskupów. W katedrze Wawelskiej raz jeszcze ukazuje mu się Najświętsza Maryja Panna i potwierdza swoje wcześniejsze słowa. Kraków przyjmuje tę wieść entuzjastycznie, a śladem tego jest istniejąca do dziś na wieży kościoła Mariackiego korona, którą założono tam w 10. rocznicę śmierci Macinellego.

Pół wieku później nastąpiły lwowskie śluby króla Jana Kazimierza, których tekst ułożył inny jezuita, św. Andrzej Bobola, a w których król wyznawał: „Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim miłosierdziem król, do najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Tak samo siebie, jak i moje Królestwo (…) oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i zlitowania w tym klęsk pełnym i opłakanym Królestwa mojego stanie przeciw nieprzyjaciołom Rzymskiego Kościoła pokornie przyzywam”. Tak więc oficjalnym aktem królewskim korona polska oddana została Matce Najświętszej, czego dotąd żaden polski prawodawca nie próbował nawet odwołać.

Zmrok, noc i świt

Szczególnym uznaniem królewskiej godności Maryi była uroczysta koronacja Jej jasnogórskiego obrazu, której dokonał 8 września 1717 r. biskup chełmski Krzysztof Jan Szembek. Była to pierwsza koronacja obrazu maryjnego w Polsce.

W 1764 roku, gdy los państwa polskiego coraz bardziej stawał się niepewny, sejm uchwalił: „Rzeczpospolita Polska stwierdza, że jest do swej Najświętszej Królowej Maryi Panny w Obrazie Częstochowskim cudami słynącym zawsze nabożna i Jej protekcji w potrzebach doznająca”. W takim stanie spraw, dziejących się niejako na pograniczu sfery państwowej i duchowej, Polska wkraczała w noc rozbiorów. Po niej nastąpiło dwudziestoletnie interludium, w czasie którego warto odnotować ustanowienie 3 maja świętem „Królowej Korony Polskiej”, na co zgodę wyraził w 1923 r. Pius XI. Tenże papież dwa lata później ogłasza encyklikę Quas primas. Ta encyklika ma kluczowe znaczenie dla spraw przez nas rozważanych. Papież przypomina w niej, że choć Królestwo Boże „nie jest z tego świata”, to jednak Chrystus ma władzę również nad sprawami doczesnymi; „niech więc rządcy państw nie wzbraniają się sami i wraz ze swoim narodem oddać królestwu Chrystusowemu publicznych oznak czci i posłuszeństwa” – wzywa Pius XI. W tej samej encyklice ustanawia święto Chrystusa Króla i wielokrotnie wraca do motywu królewskiej godności Zbawiciela w swoim późniejszym nauczaniu.

Warto dodać, że ów papież – choć skonfliktowany z arcybiskupem krakowskim, księciem Adamem Sapiehą – doskonale rozumiał sprawy polskie. Po zakończeniu I wojny światowej był nuncjuszem apostolskim w Warszawie. Swoją posługę na polskiej ziemi rozpoczął od pielgrzymki na Jasną Górę 15 sierpnia 1918 roku. W 1920 roku osobiście doświadczył w Warszawie zagrożenia ze strony Armii Czerwonej. Widział niezwykłe zwycięstwo w 1920 roku i zdawał sobie sprawę z jego międzynarodowej wagi.

Dwa lata przed wybuchem II wojny światowej w Poznaniu odbywa się Międzynarodowy Kongres Chrystusa Króla. Pius XI wysyła do jego uczestników osobisty list.

Rozalia

Niejako równolegle do tych wydarzeń toczy się inna historia. Uboga pielęgniarka z Krakowa, Rozalia Celakówna, spisuje treści objawień, które otrzymała od Pana Jezusa. Celakówna była osobą skromną i prowadzącą głębokie życie duchowe, a treści objawień utrwalała na polecenie swoich kolejnych opiekunów duchowych. Objawienia te były badane przez władze kościelne. Rozalia była m.in. poddawana badaniom psychiatrycznym i wykluczono możliwość choroby psychicznej. Nic przeciwnego wierze katolickiej w treści tych objawień nie znalazł jej spowiednik ani książę kardynał Sapieha, ani także o. Pius Przeździecki – generał Paulinów. Jednak oficjalnego stanowiska Kościoła w tej sprawie wciąż brak, choć jakimś pośrednim potwierdzeniem jest toczący się – i na etapie diecezjalnym już zakończony – proces beatyfikacyjny Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny.

Treść objawień dotyczy żądania Pana Jezusa, by Polska uznała Go za swego Króla, co ma uchronić nasz kraj przed nieszczęściem i być jedynym dla Polski ratunkiem. Wspomniany generał paulinów, był jeszcze przed wojną gorącym orędownikiem tej idei i przekonywał kard. Hlonda, by uczynić zadość żądaniom Pana Jezusa przekazanym przez Celakównę. Prymas jednak zachował dystans do tej sprawy. Było to w kwietniu 1939 r. Jeszcze 4 września Rozalia wysłała list do kard. Hlonda, który przekazała przez swojego brata – księdza Władysława Celaka. List jednak ze względu na wojenną zawieruchę nie dotarł do adresata. Pan Jezus miał wówczas uspokajać Rozalię, że oczyszczenie, przez które Polska musi przejść, jest konieczne…

Co dalej?

Rozalia umiera w roku 1944. O sprawie intronizacji Chrystusa na jakiś czas właściwie zapomniano. Z jednej strony atmosfera przygnębienia pod rządami komunizmu sprawie nie sprzyjała, z drugiej – kardynał Wyszyński w sposób bardzo zdecydowany i konsekwentny promował jako program duszpasterski ideę królowania Maryi… Nasuwa się pytanie – czy więc między tymi koncepcjami jest jakaś sprzeczność? Czy może istnieć sprzeczność pomiędzy królewską godnością Chrystusa, a panowaniem Jego Matki? „Skoro wy w Polsce nazywacie Matkę Bożą Królową Polski, to dlaczego nie chcecie nazywać Chrystusa Królem Polski?” – miał ponoć powiedzieć później jednemu z polskich arcybiskupów Angelo Amato – sekretarz Kongregacji Doktryny Wiary.

W pierwszych latach XXI wieku ruchy intronizacyjne odżywają niejako oddolnie. Jedną z najbardziej znanych inicjatyw jest próba podjęta doprowadzenia do tego by Sejm RP uznał Pana Jezusa Królem Polski przez posła Artura Górskiego. Episkopat Polski początkowo podchodził do inicjatywy z bardzo dużym dystansem. Zwolennicy intronizacji nie tworzą jednolitego środowiska i toczą między sobą spory teologiczne (na przykład o to, czy godniejsza będzie intronizacja Osoby Jezusa Chrystusa, czy Jego Najświętszego Serca).

„Wiadrem zimnej wody” wydaje się list Episkopatu Polski z listopada 2012 r. „Myślenie – piszą w nim biskupi – że wystarczy obwołać Chrystusa Królem Polski, a wszystko się zmieni na lepsze, trzeba uznać za iluzoryczne, wręcz szkodliwe dla rozumienia i urzeczywistniania Chrystusowego zbawienia w świecie. Przede wszystkim królestwo Jezusa już się realizuje. Chrystus Król każdemu oferuje możliwość udziału w nim. Natomiast od nas zależy, na ile z łaski królestwa Bożego korzystamy i w jakim zakresie rozwijamy je w sobie i pośród nas, czyli na ile postępujemy jak Jezus, służąc Bogu i ludziom. Nie trzeba więc Chrystusa ogłaszać Królem, wprowadzać Go na tron. Bóg Ojciec wywyższył Go ponad wszystko. Trzeba natomiast uznać i przyjąć Jego królowanie, poddać się Jego władzy, która oznacza moc obdarowywania nowym życiem, z perspektywą życia na wieki”.

Teologia polityczna intronizacji

Czas, który upłynął od roku 2012, był w życiu Kościoła w Polsce całą epoką. Sytuacja polityczna rozwijała się w bardzo niekorzystnym kierunku. Narzucanie przez rządzącą wówczas formację wizji państwa ateistycznego, czy nawet wręcz wojującego z moralnością i obyczajami katolickimi pod pozorem światopoglądowej neutralności, spowodowały prawdopodobnie, że zarówno idea intronizacji, jak i doktryna autonomii Kościoła i państwa uległy pewnej reinterpretacji.

Nie tylko zresztą w Polsce. Mimo wykrzykiwanych z lewa oskarżeń o „mieszanie się do polityki”, Kościół spokojnie, ale stanowczo przypominał, jakie jest należne mu miejsce tak w Polsce, jak i w innych państwach o chrześcijańskiej tradycji. Czynił to m. in. papież Benedykt XVI w przemówieniu wygłoszonym w Bundestagu: „W przeciwieństwie do innych wielkich religii chrześcijaństwo nigdy nie narzucało państwu i społeczeństwu prawa objawionego, uregulowania prawnego, wywodzonego z objawienia. Odwoływało się natomiast do natury i rozumu jako prawdziwych źródeł prawa – odwoływało się do zgody między rozumem obiektywnym a subiektywnym, do zgody, która jednak zakłada istnienie obu dziedzin, powstałych w stwórczym Umyśle Boga”.

Kultura chrześcijańska i prawodawstwo chrześcijańskie mają więc prawo obywatelstwa nie jako „wyznaniowe” i „religijne”, ale właśnie jako racjonalne i naturalne! Trudno nie zauważyć, że właśnie w tym duchu rozumiane panowanie Chrystusa jest wprawdzie panowaniem w sercach, ale mającym swoje społeczne konsekwencje. Czyżbyśmy więc wracali poprzez przygotowywaną przez polskich biskupów inicjatywę do idei społecznego panowania Jezusa Chrystusa? „Bo trzeba, by On panował, dopóki nie rzuci wszystkich swoich nieprzyjaciół pod stopy swoje” (1 Kor 15, 25).

Michał Jędryka

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor