Sługa Boży o. Wenanty Katarzyniec OFMConv 31 Mar 21:13 | MP
Zwyczajne nadzwyczajnie wykonywać [MAKSYMILIAN POWĘSKI]

Kiedy św. Maksymilian Kolbe złożył swoją ofiarę z życia w obozie w Auschwitz, to sądzę, że niektórzy bezpośredni świadkowie już byli pewni, że dokonuje się coś niesamowitego, co nie wynika z ludzkiej siły i ludzkich możliwości, a co może jedynie wtedy się zdarzyć, gdy ludzkie decyzje wyrastają jak gałązki z korzenia zanurzonego głęboko w rzeczywistości nie z tego świata, rzeczywistości nadprzyrodzonej.

I nie jest przecież tak, że taki akt męstwa, niezwykłej cnoty, zrodził się jakoś w Maksymilianie nagle, niczym grom z jasnego nieba, czy jak głosiło łacińskie porzekadło, na sposób „deus ex machina”. 

Porzekadło to przyszło do łaciny (jak większość tego co cennego w tej kulturze) z Grecji, a pojawiło się w dramatach Eurypidesa, który zwykł był w swych przedstawieniach gwałtownie rozwiązywać akcję, by przedstawienie nie trwało zbyt długo. W tym celu zsyłał na scenę któregoś z bogów, a aktor grający tę postać, spuszczany był na scenę z góry przez specjalne urządzenie na linach. W taki oto dosłowny sposób powstał „bóg z maszyny”. Piszę o tym jednak w kontekście postaci świętego Maksymiliana, by za pomocą przeciwieństwa ukazać czym jego świętość nie była. Nie była ona właśnie takim „bogiem z maszyny”, nagle kończącym akcję. Nie przeciwnie, była właśnie logicznym zwieńczeniem i ukoronowaniem długiego procesu kształtowania niezwykłej cnoty.  

Cnota i męstwo wzrastają powoli

Ktokolwiek przestudiował życiorys św. Maksymiliana wie, jak bardzo systematycznie ta cnota była kształtowana najpierw i przede przez niego samego, po to, by móc wszystko poświęcić Niepokalanej. Widzimy jak rozpalał się stopniowo i niemal nigdy nie przygasał, święty, jakże niezwykle silny, ale nigdy nie nerwowy, zapał. Widzimy jak rosły i owocowały jego przedsięwzięcia medialne, drukarnie, a wreszcie, co mniej może znane, radio (o identyfikatorze SP3-RN). To kształtowanie nie tylko czytelników i słuchaczy, ale i samego siebie, było niewątpliwie wspomagane przez pomoc nadprzyrodzoną, której Maksymilianowi w jego dziele nie brakowało. 

Od zawsze zresztą przyjęto uważać w chrześcijaństwie, że dzieła o tak niezwykłym rozmachu i wzroście są po prostu dziełami Bożymi. Tak też zresztą traktowano niezwykły z ludzkiego punktu widzenia wzrost chrześcijaństwa w dziejach. Faktem jest, że św. Maksymilian występował przed wojną przeciwko Żydom, ale nie ze względu na ich narodowość czy wyznanie, ale względu na szerzone przez nich często ateistyczne i antychrześcijańskie ideologie. I zawsze to można wyraźnie wyczytać z kontekstu wypowiedzi. Ten wątek jednak zostawmy, on by wymagał szerszego naświetlenia.

Przyjaźnie kształtują drugiego człowieka

Ale jest jeszcze jedna niezwykłość, której nie sposób w dziejach postaci św. Maksymiliana pominąć.  Jest nią przyjaźń. Kształtują nas ludzie. Nie tylko sam Pan Bóg, ale inne osoby, które spotykamy na swej drodze. Kształtują nas z pewnością rodzice, może rodzeństwo, ale i przyjaciele. Św. Maksymilian miał we franciszkańskim zakonie przyjaciela wybitnego. 

Był to właśnie zmarły sto lat temu, 31 marca 1921 roku Pańskiego, sługa Boży, czcigodny Wenanty Katarzyniec. Już jego proboszcz we Lwowie mówił „Śmiało mogę powiedzieć, iż w moim życiu czterdziestoletnim w zakonie poza O. Wenantym nie spotkałem tak wyrobionego charakteru… To kapłan według Serca Bożego”. On wychowywał młodych franciszkanów i ćwiczył ich w karności, ubóstwie, pokorze i bratniej miłości. Biografowie piszą o nim, że wiele wymagał od wychowanków, ale najwięcej od siebie. Wciąż powtarzał: „zachowujcie Konstytucje nasze! Nad to nic lepszego dla was nie mam”. 

Spotkali się z ojcem Kolbem jako klerycy na wakacjach w Kalwarii Pacławskiej. „Jakoś mi Ojciec przypadł wtedy do serca i zdawało mi się, że obaj mamy jednakowe dążenia i porywy” — pisał o Maksymilianie Katarzyniec. Kiedy zaś Kolbe wrócił z Rzymu i pod wpływem tamtych doświadczeń (a zwłaszcza masońskiej dechrystianizacji społeczeństwa rzymskiego) zaczął w Polsce zakładać Milicję (czyli Rycerstwo) Niepokalanej, Katarzyniec bez wahania oświadczył, że popiera pomysł z całej duszy i nie tylko sam przystąpił do stowarzyszenia, ale i kleryków, których był wtedy mistrzem, przyprowadził. 

Sługo Boży Wenanty Katarzyńcu wstawiaj się za nami

Musiał mieć Wenanty jakieś przeczucie nadchodzących kataklizmów i hekatomby, że przynaglał Kolbego do pośpiechu w dziełach wydawniczych. A przed śmiercią zapowiedział, że więcej zrobi dla zakonu po śmierci. I ufamy, że robi. Nie tylko dla franciszkanów, ale i dla całego Kościoła Bożego, nękanego dziś przeciwieństwem tego, do czego przez całe życie usposabiał kleryków. 

Myślę, że warto prosić dziś sługę Bożego Wenantego, by ocalił polski Kościół przed zupełnym upadkiem. Niech dziś przekonuje polskich kapłanów, że karność, ubóstwo, pokora i czystość, to nie są cnoty przestarzałe, a przeciwnie, jak nigdy potrzebne. Niech przekonuje „zachowujcie Konstytucje nasze! Nad to nic lepszego dla was nie mam”. Jeśli go posłuchają to będzie cud. Ale tak samo powiedział przecież do Kolbego. „Gdyby miesięcznik był na styczeń, to byłby cud”. I stał się cud.
Niech stanie sie i teraz!

Maksymilian Powęski

MP

MP Autor

Maksymilian Powęski