Wydarzenia 15 Jul 05:07 | Redaktor
Czy warto bronić cnót niewieścich

„Może dobrze się stało, że jeden z doradców ministra Przemysława Czarnka, dr hab. Paweł Skrzydlewski wywołał burzę wypowiedzią o cnotach niewieścich” — rozpoczyna swój artykuł na portalu dorzeczy.pl znany bydgoszczanom Arkadiusz Robaczewski. I pisze dalej, że słowa Skrzydlewskiego nie były najszczęśliwsze ze względu na archaiczną formę, której dziś nikt nie rozumie i nie akceptuje, ale kryjąca się za ta formą treść jest aktualna i ważna. 

I cytuje Robaczewski Kołakowskiego. „Niechże zatem czepialscy uczepią się też Leszka Kołakowskiego, który w swym eseju »O cnocie« pisał: »Słowo „cnota”, przyznajmy, nieco zostało ośmieszone w polskim języku, tak często i tak natarczywie było używane w jednym kontekście, mianowicie dla określenia seksualnej niewinności, głównie młodych kobiet; mówiło się „cnota dziewicza”, „ona cnotę straciła”, „on na jej cnoty dybał”, „ta panienka nie jest sławna ze swej cnoty” itp. Tak już chyba na serio nie mówimy, ale nasz cyniczny wiek jakąś aurę śmieszności wokół słowa zbudował. Nie wiem, skąd się wzięło to ograniczenie, którego bodaj nie ma w innych językach. Nie mamy jednak chyba innego słowa na łączne oznaczenie wszystkich sprawności, które są moralnie wartościowane i które lepszymi czynią zarówno człowieka pojedynczego, jak i wszystkie związki między ludźmi. Nie ma przecież niczego ośmieszającego w wyrażeniach takich, jak „cnoty obywatelskie”, „cnoty militarne”, „cnoty intelektualne”, „cnoty kupieckie”. Wolno nam starać się o to, by słowu „cnota” cnotę przywrócić«”.

Dlatego wywodzi dalej autor tej analizy  „śmiech z cnót niewieścich był zupełnie nie a propos, a raczej płynął z niewiedzy, często niezawinionej, bo skąd jedna miła pani, czy drugi zacny (!) pan miał się dowiedzieć, że cnota (dla starożytnych Greków »arete«, dla Rzymian i średniowiecznych scholastyków »virtus«), że słowo to oznaczało moralną lub intelektualną sprawność, coś, bez czego niepodobna było być dobrym mężem, żoną, dobrym rycerzem, sługą rzemieślnikiem, poddanym, obywatelem. Że trzeba było mieć liczne sprawności moralne, by można było stać się człowiekiem pięknym i dobrym? Tak, tak, dla starożytnych celem polis czyli państwa, było pomóc ludziom stawać się pięknymi i dobrymi, bo tylko taki człowiek może być szczęśliwy”. 

Dalej Arkadiusz Robaczewski ubolewa, że „kto dziś próbuje mówić o cnotach – napotka, gdy będzie miał szczęście – na niezrozumienie. Gdy będzie miał mniej szczęścia – zobaczy niezrozumienie, które przerodzi się w szyderstwo, kpinę, oburzenie”, a zamiast prawdziwej debaty społecznej, mamy wojnę „na memy, tweety i słowa, które skutkują jak uderzenie przeciwnika kijem bejsbolowym”. 

„Jest taka nadzieja, że już bliżej niż dalej jest czas, że strony sporu (...) opuszczą swoje okopy, zostawią złudzenia i zwrócą się ku rzeczom, by na nowo przyjrzeć się człowiekowi, prawdzie o jego naturze i celu, zobaczyć, że istnieje dobro i zło i że wysiłek podążania za dobrem daje radość, która jest zapowiedzią Radości wiecznej, że, least but not last, jest Pan Bóg, w Jego Miłości i Majestacie, od którego sami się odwróciliśmy, ale że drogi powrotu do Niego są zawsze otwarte” — kończy swój artykuł Arkadiusz Robaczewski.

Źródło: DoRzeczy.pl

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor