Kultura 4 Sep 2015 | Redaktor
Wybitny reżyser, scenarzysta i aktor?

Przeczytałam ostatnio sentencję Tadeusza Kantora „Do teatru nie wchodzi się bezkarnie”. Ujął mnie swą prostotą i błyskotliwością. Bo rzeczywiście tak jest, że gdy człowiek dotknie sztuki to poczuje ją w sobie i zostanie, ironicznie mówiąc, pokarany. Myślę też, że mając tę sentencję w głowie można pomyśleć o konsekwencjach obcowania z tekstem kultury. Wczoraj naraziłam się na konsekwencje obcowania z filmem Woody Allena „Nieracjonalny mężczyzna”. Nie przepadam za twórczością tego nowojorskiego intelektualisty, ale w porównaniu z innymi produkcjami, którymi karmi nas kino latem, wybrałam jego film, łudząc się, że zaproponuje coś oryginalnego i choć trochę dającego do myślenia. A tu… plagiat, czysty plagiat Dostojewskiego. Oczywiście przesadzam, bo film wyraźnie wskazuje na pierwowzór swego pomysłu. Co mi jednak po tym, że wskazuje, skoro nie dodaje niczego ciekawego, a to co oferuje to jakaś niespójna wewnętrznie opowieść o niezrównoważonym wykładowcy filozofii, którym zafascynowała się zdolna i bardzo wrażliwa studentka. Motyw ograny, bo o zakochanej w starszym mężczyźnie dziewczynie czytaliśmy nieraz i równie wiele oglądaliśmy mężczyzn, którzy pod wpływem młodych, pięknych kobiet stawali się nowymi ludźmi. Tylko że w tym filmie ani fascynacja Jill Abe’m nie jest do końca autentyczna, ani przemiana Abe’a nie jest porywająca. Po pierwsze Jill (w tej roli naprawdę doskonała Emma Stone) twierdzi, że je j zakochanie w chłopaku Roy’u (Jamie Blackley) ma charakter głęboki i trwały, po drugie Abe zdaje się odtrącać awanse swej studentki, udowadniając swą odpowiedzialność i dojrzałość, nie dopuszczając do tego, by ona wpływała na jego życie. Tymczasem nagle okazuje się, że Jill i Abe stają się sobie bliscy. Ta bliskość jednak staje się fatalna dla nich obojga. I wszystko mogłoby się potoczyć jakoś logicznie, tyle że pogodna muzyka, jasne i łagodne ujęcia, lekkie dialogi oraz pozytywne emocje, którymi kończy się film, sprawiają, że nie wierzymy w tę historię, że nie kupujemy tej opowieści, a co najgorsze wychodzimy z kina z poczuciem straconego czasu i przekonaniem, że byliśmy tam za karę.

Beata Wróblewska

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor