Kultura 10 Sep 2015 | Redaktor
Mistyka chorału

Najpiękniejszą rzeczą po tej stronie nieba

nazwał katolicką liturgię pewien konwertyta z anglikanizmu. Był to Fryderyk William Faber. Urodzony w 1814 roku, zdecydował się w wieku 30 lat na przejście do Kościoła rzymskokatolickiego i przyjęcie katolickich święceń kapłańskich. To co najbardziej uderza w zacytowanym na początku zdaniu o. Fabera, to zastosowanie wobec liturgii kryterium piękna. Przywykliśmy bowiem – jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi – traktować Mszę świętą jako źródło prawdy czy dobra, ale jej piękno może nam się wydawać nieco przypadkowe. Wrażenie to jest jednak błędne, choć niestety czasami może być w jakiś sposób usprawiedliwione.

Piękno katolickiej liturgii było przez wieki pieczołowicie pielęgnowane i wyraża się na wiele sposobów. Najbardziej może uderzającym jest architektura sakralna. Każdy podróżnik zwiedzający rozmaite zakątki Ziemi zatrzymuje się przede wszystkim w kościołach jako najcenniejszych zabytkach kultury. W ich wnętrzach znajduje też arcydzieła światowego malarstwa – od wschodnich ikon po fresk Leonarda da Vinci czy malowidła Kaplicy Sykstyńskiej. Podziwiać też niejednokrotnie można kunszt wykonania szat liturgicznych. Można by tu jeszcze napisać wiele o rzeźbach, ze słynną rzymską pietą na czele, czy o naczyniach liturgicznych. Jednak obecność tych wszystkich znakomitych dzieł sztuki nie wyczerpuje ostatecznie tej estetycznej doskonałości liturgii, którą miał na myśli ks. Faber. Doskonałość tę bowiem wyraża najpełniej muzyka.

Tak śpiewają aniołowie

Benedyktyn z podkrakowskiego Tyńca, ojciec Bernard Sawicki, który zanim zapukał do zakonnej furty, ukończył Akademię Muzyczną im. Fryderyka Chopina w Warszawie, a w tynieckim klasztorze przez wiele lat był opatem, zanucił podczas jednego z wykładów pierwsze słowa katolickiej prefacji (Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne...) i przypomniał zdanie Mozarta, który miał powiedzieć, że oddałby chętnie całą swoją chwałę muzyczną, by móc poszczycić się ułożeniem tej właśnie melodii. Prostota tej muzyki, złożonej zaledwie z czterech dźwięków, idzie w parze z jej wielką wyrazistością, odnajdujemy w niej nasze sprawy – uskrzydlenia i „zdołowania”, obsesyjność i spokój, napięcie i rozładowanie – tłumaczył ojciec Bernard.

Cóż to za muzyka? Ludzka czy może anielska? Muzykolodzy przypisują jej może nie tyle nadludzkie, anielskie właściwości, co pewną symbolikę, która pozwala nam wznieść się ponad sprawy ludzkie do nadprzyrodzonych. Tak właśnie należy rozumieć gregoriański chorał – bo o nim tu mowa. Jest on sztuką wdzierającą się do ludzkiej duszy głębiej niż jakakolwiek inna, bo chorał odwołuje się do innych wrażliwości duszy niż przeżycie emocjonalne.

Na świeckiej sali koncertowej, słuchając muzyki, doświadczamy różnych, często niezapomnianych wrażeń, muzyka ma uprzyjemnić nam czas, służyć relaksowi, wyciszeniu, ewentualnie koncentracji, albo przeciwnie – pobudzeniu i napełnieniu energią. Chorał jest inny. Sięga do samych korzeni muzyki. U starożytnych Greków nawiązywała ona do harmonii świata. Chorał wyraża na rozmaite sposoby tę właśnie doskonałą harmonię Stwórcy i stworzenia a także harmonię duszy i ciała w człowieku.

Muzyka – twierdzili starożytni – jest matematyczna. Wyraża piękno proporcji liczbowych. Jest językiem, którym człowiek opisuje świat i cały porządek kosmiczny. Przeżycie muzyki w chorale – podobnie jak w filozofii starożytnej – ma być estetyczno-metafizyczne, a nie tylko emocjonalne. Skoro tak, to muzykę należy analizować, a nie tylko przeżywać, by odkrywać jej głęboką symbolikę. Wspomniany tu już opat benedyktynów tynieckich o. Bernard Sawicki przytacza opinię swego zakonnego współbrata, opata Monte Cassino, Bonifacio Kruga, który będąc ciężko chory i nie mogąc opuszczać łóżka, najchętniej czytał nie Ojców Kościoła, ale... nuty! Analizowanie ich w ciszy i odtwarzanie muzyki w wyobraźni uważał za rozkosz doskonałą.

Jak powstał chorał?

Liturgia katolicka powstawała w starożytności, ale swój wiek dojrzały osiągnęła w średniowieczu. W tej też epoce znajdziemy jej najwspanialsze przejawy, do których należy omawiany tu chorał. Wbrew obiegowej opinii, kultura średniowieczna mocno opiera się na kulturach starożytnych i z nich wyrasta. Widoczne jest to również w dziejach sztuki. W starożytnych kulturach Wschodu – jak zauważył najwybitniejszy polski znawca filozofii sztuki prof. Władysław Tatarkiewicz – sztuka była wyłącznie symboliczna. Nie umiała ona odtwarzać rzeczywistości, ale przekazywała za pomocą symboli jej znaczenie. Klasyczna sztuka europejskiej starożytności charakteryzowała się równowagą formy i treści. W sztuce chrześcijańskiego średniowiecza treść zdobyła przewagę.

To właśnie stanowi zasadniczą cechę śpiewu chorałowego. Jest on melodią, której zasadniczą funkcją jest podkreślanie treści zawartej w tekście biblijnym, czy liturgicznym. Związek z tekstem jest tak silny, że można analizować, jak melodia układa się w słowach jedno, dwu czy więcej sylabowych. Melodia oddaje tu swoisty ruch myśli ludzkiej, która – podobnie jak podróż – ma swój początek i zakończenie.

Zapomniane arcydzieła

Znany z literatury pan Jourdin nie wiedział, że mówi prozą. My, chodząc do kościoła, czasami jesteśmy doń podobni. W nowej liturgii, sprawowanej po polsku, odnajdujemy przecież pewne ślady chorałowych melodii. Jest to między innymi wspomniana już prefacja, czyli przedśpiew następujący po wezwaniu „W górę serca”, a kończący się chóralnym „Święty, święty...”. Innym elementem jest zakończenie Mszy świętej w okresie wielkanocnym. Niemal kapłan w Polsce odśpiewuje w tych tygodniach charakterystyczne: „Idźcie w pokoju Chrystusa, alleluja, alleluja”, na co lud ma odpowiedzieć identyczną melodią: „Bogu niech będą dzięki, alleluja, alleluja”. Istnieją powody do obaw, że bardzo niewielu uczestników obrzędu zdaje sobie sprawę, że śpiewają w tym momencie końcowy fragment gregoriańskiej Mszy „Lux et origo” czyli tak zwanej Mszy Pierwszej. A już z zupełną pewnością stwierdzić można, że 99 procent uczestników lub więcej nie miało nigdy okazji usłyszeć tej Mszy w całości.

Lata chwały, upadku i odrodzenia

Chorał gregoriański, który powstał we wczesnym średniowieczu i swoją nazwą nawiązuje do imienia papieża Grzegorza Wielkiego (590 – 604), przetrwał najprawdopodobniej jako śpiew Kościoła około 1000 lat w pierwotnej lub nieco tylko zmienionej formie. Po tym okresie uległ poważnym zniekształceniom, a w końcu niemal zupełnie wyszedł z użycia. Ten pierwszy jego kryzys nastąpił w wieku XVII. Do kościołów wkroczyła polifonia. Trzeba bowiem pamiętać, że chorał gregoriański jest śpiewem jednogłosowym. Ta jednogłosowość nie wynika z nieumiejętności czy ograniczeń twórczych. Ona jest metodyczna i istotna. Zdaniem znawców tylko w ten sposób można naśladować śpiew aniołów. Chorał jest bezosobowy. Nie jest to śpiew pojedynczego człowieka, jest to śpiew duszy Kościoła. A dusza jest jedna.

Ale wróćmy do dalszych losów chorału. Na razie, w XVII i XVIII w., został on niemal całkowicie wyłączony poprzez śpiew chórów wielogłosowych z towarzyszeniem instrumentów. W tym okresie powstają wspaniałe Msze Gosseca, czy Mozarta, a nieco później Brahmsa oraz naszego Moniuszki. Kompozycje te, skądinąd jak najbardziej godne uwagi, w których można zresztą znaleźć chorałowe inspiracje, wyparły jednak klasyczny chorał gregoriański. Stan taki trwał do XIX w., kiedy to mnisi benedyktyńscy z francuskiego opactwa Solesmes postanowili powrócić do najstarszych rękopisów. Napisano wiele rozpraw teoretycznych. Wydano nowe edycje krytyczne. Inicjatorem tej odnowy był słynny opat Prosper Gueranger, który na pomniku grobowym w Solesmes ubrany jest w strój kapłański, a na albie wytłoczone zostały ornamentacje składające się z neum, które są rodzajem nut, bo chorał gregoriański ma własną notację nutową. O tym opacie miał powiedzieć po jego śmierci papież Pius IX: „straciłem oddanego przyjaciela, a Kościół stracił wielkiego sługę”.

Prace te zauważyli też następni papieże. W 1908 r. wydano watykańską edycję Graduału, czyli księgę liturgiczną zawierającą wszystkie śpiewy mszalne w odnowionym chorale. Papież Pius X napisał w motu proprio Inter sollicitudines: „Muzyka kościelna powinna w najwyższym stopniu posiadać cechy właściwe liturgii, a mianowicie: świętość i piękność formy, z których wynika koniecznie inna jej cecha, powszechność. (...) Powyższe cechy spotykają się w najwyższym stopniu w śpiewie gregoriańskim i dlatego to jest on śpiewem właściwym Kościoła Rzymskiego, jedynym śpiewem, który Kościół odziedziczył po ojcach dawnych, którego z zazdrością strzegł przez długie wieki w swych księgach liturgicznych”. Kolejni papieże potwierdzali to stanowisko. Pius XII wydał na ten temat instrukcję Musicae sacrae disciplina. Muzyka sakralna „ma być święta – pisał. – Nie może zawierać ani w swej treści, ani w sposobie jej wykonania nic światowego. Cechę tę w wybitnym stopniu posiada śpiew gregoriański od wielu już wieków w Kościele używany i stanowiący jego dziedzictwo”.

Lata dramatu

Łacina w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku znikła z kościołów, a wraz z łaciną znikł prawie zupełnie chorał gregoriański, który, jak już pokazaliśmy, w innym języku śpiewany być – poza pewnymi ograniczonymi fragmentami – nie może. Nastąpiły też niestety rzeczy smutne i straszne. W zapale reform usunięto i to, co miało być zachowane. O wykorzenieniu śpiewu gregoriańskiego pisał benedyktyn Rafał Maria Baratta, dyrektor rzymskiego chóru gregoriańskiego na łamach Ossevatore Romano: „Ogólnie rzecz biorąc w seminariach i instytutach praktyka ta całkowicie zanikła. Posunięto się nawet do zniszczenia klisz drukarskich Liber usualis (...). Ostatnie egzemplarze zostały oddane na makulaturę – podobnie jak stare Mszały, później zaś w niewielkiej części odzyskane w rzymskim Porta Portese, i to głównie przez osoby świeckie”.

Przywróćmy chorał Kościołowi

Papież Benedykt XVI krótko po swoim wyborze na Stolicę Piotrową wydał posynodalną adhortację Sacramentum caritatis o Eucharystii, źródle i szczycie życia i misji Kościoła. „Pragnę przypomnieć - napisał - o co prosili Ojcowie synodalni, by odpowiednio doceniono chorał gregoriański, jako właściwy dla liturgii rzymskiej”. Papież ten zdawał sobie sprawę, że wiąże się to z przywróceniem należnego miejsca łacinie. „Proszę zatem – czytamy dalej – aby przyszłych kapłanów już w seminarium przygotowywano do rozumienia i celebrowania Mszy św. po łacinie, a także do posługiwania się tekstami łacińskimi i do wykonywania chorału gregoriańskiego. Nie należy też zaniedbać możliwości, by sami wierni zostali wychowani tak, aby znali najbardziej powszechne modlitwy po łacinie i śpiewali niektóre części liturgii na sposób gregoriański”.

Zdarza się jednak - ostatnio jakby nieco częściej - że śpiew ten znów rozbrzmiewa w naszych świątyniach. Warto zrobić wszystko by się rozpowszechnił bo, jak pisał znakomity polski dominikanin ojciec Jacek Woroniecki: „Kto (...) nie tylko te rzeczy słyszał, ale i czynny brał w nich udział, kto regularnie, codziennie albo choćby co niedzielę uczestniczył w śpiewanej po gregoriańsku Mszy świętej, temu nieraz potem te cudowne melodie Gloria, Credo i inne śpiewać będą w duszy, wnosząc do niej na swych skrzydłach odpowiadające im słowa modlitwy. Tęsknić on będzie do tych chwil, których atmosfera liturgiczna Mszy świętej przenikała wszystkie władze jego duszy, aby je skierować do Boga, a gdy mu będzie dane znowu wziąć w podobnym nabożeństwie udział, na cały dzień rozpromieni mu ono duszę”.

Michał Jędryka

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor