Kościół na Świecie 1 Mar 17:32 | Redaktor
Piąty dzień wojny oczami księdza z lwowskiej parafii

mat. parafii pw. św. Jana Pawła II we Lwowie

- Na dworcu pytam się służb wolonterskich „Ktoś szuka noclegu?”. I pytają: „Zabierzecie ich?” „Ilu?” „Nie wiem, proszę policzyć...” Jest 31. Afgańczycy, kilka rodzin, dziewięcioro dzieci, już urodzonych w Kijowie i tam mieszkających - opisuje kolejny dzień wojny ksiądz Grzegorz Draus z parafii św. Jana Pawła II we Lwowie. W parafii schronienie znajdują osoby uciekające przed konfliktem, m.in. będące w drodze do Polski.

Jesteśmy na tyłach, nie przeżywamy tego, co ludzie w Kijowie. Kijów - miasto biznesu. 

 W poniedziałek wieczorem Msza, po niej katecheza, chyba jedyna w czasie wojny na Ukrainie. 12 osób. Potem zawożę do domu, bo o 22.00 „godzina komendandska”, czyli godzina policyjna. Blok-posty, czyli mury z worków z piaskiem i betonowych bloków. Kontrole gwardii narodowej. Trzeba ochronić się przed niebezpieczeństwem przenikania do miasta dywersantów, jak to jest w Kijowie. Swoista przepustką jest ... polski dowód osobisty. Nawet w czasie godziny policyjnej. Z ukraińskim paszportem mogliby mnie z busa zaciągnąć do wojska.

 „Jak to będzie... O...jeszcze Polska nie zginęła!!” - szuka w pamięci żołnierz. Wylew szacunku do Polaków. „A wiemy, wy tu na macie w kościele dom dla uchodźców!”

Parafianka dzwoni: „Zbieramy podkoszulki dla żołnierzy”. Nie ma mnie na miejscu, proszę kleryka, by wziął z szafy zestaw podarowanych koszulek. Wśród nich kilka z rysunkiem polskiego rycerza i z napisem „Rocznica bitwy pod Chocimiem”. I tak z wizerunkiem polskiego huzara będą walczyć ukraińscy żołnierze.

Otrzymuję znany z ogłoszeń internetowych telefon, że matka z dzieckiem jest na dworcu i nie ma gdzie się podziać. Już przed dworcem dzwonią, że znalazł się jakiś dom. Ale idę na dworzec. Tłumy czekają na przyjeżdżające nie wiadomo kiedy pociągi. Do nich z pierwszeństwem wchodzą matki z dziećmi. 

Pytam się służb wolonterskich „Ktoś szuka noclegu?”. Bo jak to wracać pustym samochodem, jeśli mamy miejsca. I pytają: „Zabierzecie ich?” Ilu? Nie wiem, proszę policzyć... Jest 31. Afgańczycy, kilka rodzin, dziewięcioro dzieci, już urodzonych w Kijowie i tam mieszkajacych. Biznesmeni, mają owocowe hurtownie, wykształceni, wśród nich studentka filologii hinduskiej w Delhi.

Każdy zostawił drogie składy i domy, bo po co one, jeśli miałaby na nich spaść bomba. Jedziemy, ale nie zmieścimy się do busa. I wtedy perełka wojennej organizacji. Wolontariusz dzwoni i w kilka minut zjawiają się czterej kierowcy z samochodami. Tego wieczoru jeden parafianin wydał cztery średnie miesięczne pensje na materace. Przydały się już od wieczora w naszym Domu św. Jana Pawła II. 

A o 4.00 w nocy telefon „Słyszałam, że przyjmujecie uchodźców...” Jadę. I już na dworcu kolejny telefon. Mama, dwoje dzieci, mama, córka. Na dworcu  mama z ciemnoskórym synkiem widzi sutannę i z zaufaniem prosi „Czy zawieziecie do domu za adresem...”

Lwów nocą piękny. Centrum bez blok-postów, które są na wszystkich rogatkach. 

Dom się rozszerza i stół się rozszerza... Wszyscy się zmieścili i zjedli. Produkty żywnościowe przynoszone przez parafian, hurtownie ogłaszające „przyjeżdżajcie, z rampy powrzucamy, napiszcie, dla ilu osób”.

Tej nocy 42 wojennych uchodźców. 

Grzegorz Draus, parafia pw. św. Jana Pawła II, Lwów

Czytaj także: 

Lwowska parafia św. Jana Pawła II potrzebuje pomocy. Jest oazą uchodźców w drodze do Polski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor