Felieton 3 May 06:17 | Redaktor
Trzeci maj — Królowa Polski a ustrój Rzeczpospolitej

Przypominamy dziś artykuł sprzed sześciu lat. To ciekawa refleksja nad znaczeniem dzisiejszego święta.

Tak się składa, że najbardziej znane, można powiedzieć – najbardziej bliskie sercu Polaków – święto państwowe, to właśnie 3 maja. Tak było już w okresie międzywojennym, wystarczy wspomnieć nuconą czasem przez starsze osoby piosenkę Vivat maj, trzeci maj, dla Polaków błogi raj. Może ma tu jakieś znaczenie i wiosenna aura majowa, i „długi weekend” który zafundowano nam w ostatnim ćwierćwieczu, a który przekształcił się w „grillowe święto”.

A oficjalne tytuły tego święta są dwa. Jeden to konstytucja uchwalona 3 maja 1791 roku przez Sejm Czteroletni, a druga to święto ustanowione 12 października 1923 r., kiedy to Kongregacja Obrzędów wyznaczyła święto Matki Bożej Królowej Polski na 3 maja, a do litanii loretańskiej oficjalnie dołączono wezwanie „Królowo Korony Polskiej”. Dwa lata później Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce, a 15 stycznia 1930 A.D. podniósł święto do rangi I klasy z oktawą w diecezji lwowskiej, przemyskiej i częstochowskiej, które też otrzymało własny formularz mszalny i oficjum.

Tytuł Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski ma długą historię, sięgającą świętego Stanisława Kostki, i ślubów króla Jana Kazimierza. Zbieżność tych tytułów nie jest przypadkowa, choć wnioski stąd wypływające nie są łatwe. Konstytucja 3 maja to z jednej strony dokument, który powstał w określonej sytuacji społecznej i politycznej i gdyby wszedł rzeczywiście w życie, i kształtował rzeczywistość w Polsce, odmieniłby zapewne polskie państwo i przekształcił je nie do poznania, przy czym wcale nie jest pewne, czy byłoby to państwo lepsze. Jedno jest pewne, konstytucja ta zakończyła pewną epokę w Polsce, jej intencją było przekształcenie naszego kraju z państwa dość niezwykłego i oryginalnego, w państwo zgodne z aktualną europejską modą. To osobny historyczno-polityczny temat, który kiedy indziej warto by rozwinąć.

Tymczasem nie dane było Polsce rozwijać się w kierunku wyznaczonym przez tę konstytucję. Miejsce jej rzetelnej historyczno-politycznej oceny zajęła pewna mitologia, która w latach zaborów przedstawiała Polakom konstytucję nie tyle jako wybitne osiągnięcie prawa, ale jako symbol utraconej Polski, symbol, za który warto nawet umierać. To z tego korzenia zapewne wyrosła owa sentymentalna piosenka i specyficzna majowa atmosfera tego święta.

Warto natomiast przyjrzeć się artykułowi 1 tejże konstytucji. Dla współczesnego liberalnego demokraty może on być kamieniem obrazy. „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami”. To element specyficznie polski, bo konstytucja francuska i amerykańska, powstające w tym samym czasie, takich artykułów nie wprowadzały, a przeciwnie, miały rolę religii katolickiej ograniczać.

Czy można sobie wyobrazić coś podobnego w konstytucji współczesnego państwa? Można. Koncepcji tej bronili wielcy papieże: Leon XIII (ten sam, który uważany jest za ojca katolickiej nauki społecznej), Pius XI (ten sam który ustanowił święto Królowej Polski, a wcześniej jako nuncjusz w Warszawie odważnie pozostał w mieście w czasie nawały bolszewickiej 1920 r., by modlitwą i posługą duszpasterską wspierać jego obrońców) i Pius XII (ten który uratował przed śmiercią z rąk niemieckich morderców około 850 tys. Żydów). Bronił jej też wielki kardynał Alfredo Ottaviani, jeden z poprzedników kard. Ratzingera na stanowisku szefa Świętego Oficjum (bo tak się wtedy nazywała dzisiejsza Kongregacja Nauki Wiary).

Dlaczego więc mało kto dziś przedstawia taką drogę polityczną? Ottaviani uważał, że dzieje się tak po prostu z braku odwagi: „Ponieważ boją się oskarżeń o chęć powrotu do średniowiecza, niektórzy nasi pisarze nie mają tyle odwagi, by trzymać się pozycji doktrynalnych, które są stale potwierdzane w encyklikach jako należące do życia i prawa Kościoła w każdym wieku”.

Pius XII uważał za błąd koncepcję polegającą na tym, że Kościół ma funkcjonować w państwie świeckim i być od niego oraz od wszelkiego wpływu na prawo i politykę oddzielony: „Dlatego też bolejemy nad nieszczęsnym błędem i potępiamy go, mianowicie tych, co sobie wyśnili jakiś kościół jako społeczność żyjącą i utrzymującą się z miłości, ale zarazem nie bez pogardy przeciwstawiają mu inny kościół tzw. jurydyczny. Zupełnie błędnie wprowadzają taką różnicę. Nie rozumieją bowiem tego, że Boski Odkupiciel z tego samego powodu chciał, aby stworzony przez Niego zespół ludzi stanowił społeczność doskonałą, z natury swojej opatrzoną we wszystkie pierwiastki jurydyczne i socjalne, aby zbawienne dzieło Odkupienia przetrwało na ziemi przez wieki i dla osiągnięcia tego właśnie celu chciał je mieć ubogacone przez Ducha św. darami i łaskami niebieskimi” – pisał w encyklice Mystici corporis.

A wspomniany już Leon XIII w encyklice Immortale Dei pisał: „państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną”.

Owszem – autorzy ci zdawali sobie sprawę z czegoś, co mogło być im przez wrogów wytknięte jako niekonsekwencja, mianowicie, że wtedy, gdy Kościół jest w ucisku w państwie zdominowanym przez wrogie mu siły odwołuje się do prawa do wolności religijnej. Jednak w tym nie ma sprzeczności. Kościół zawsze najpierw upominał się o prawa Boskie, a potem dopiero o prawa ludzkie. Dopiero gdy prawa Boże zostaną potwierdzone, Kościół apeluje i domaga się uznania praw człowieka. Czynił tak zawsze, włączając pierwsze wieki chrześcijaństwa i straszliwe prześladowania ze strony potężnego państwa rzymskiego. Przekonany jest bowiem, że bez uznania praw Bożych uznanie praw człowieka jest kruche, niestabilne i niewiele warte.

Stanowisko takie potwierdził papież Benedykt XVI w encyklice mówiącej o trudniej sytuacji Kościoła w krajach Bliskiego Wschodu „Konieczne jest przejście od tolerancji do wolności religijnej. Nie jest to otwarta brama, prowadząca do relatywizmu, jak twierdzą niektórzy. Ten krok, który należy uczynić, nie jest rozwartą szczeliną w wierze, ale ponownym rozpatrzeniem relacji antropologicznej do religii i do Boga. Nie jest on ciosem wymierzonym w «podstawowe prawdy» wiary, gdyż pomimo rozbieżności ludzkich i religijnych jakiś promień prawdy oświeca wszystkich ludzi. Dobrze wiemy, że prawda poza Bogiem nie istnieje jako «sama w sobie». Byłaby wówczas bożkiem”.

Podsumowując, maksymalistyczne stanowisko domaga się: 1. Prawa do społecznego, a nie jedynie prywatnego, wyznawania wiary; 2. Ustawodawstwa inspirowanego koncepcją wspólnoty z Chrystusem – Prawdą, która to wspólnota z czasem stała się elementem kultury narodu; 3. Obrony religijnego dziedzictwa w kulturze i społeczeństwie przeciwko każdemu atakowi mającemu na celu pozbawienie ich skarbu ich wiary i religijnego pokoju. 

Wszędzie tam, gdzie nie da się tego osiągnąć, Kościół będzie również funkcjonował, bo ma wielkie historyczne doświadczenie działania wśród ucisków i przeciwności, a także nadprzyrodzoną pomoc Bożą, nie można jednak twierdzić, że takie nadużycie praw Kościoła przez państwo jest jakąś normą, którą mielibyśmy akceptować jako standard i wzór do naśladowania.

Michał Jędryka

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor