Felieton 18 Sep 2015 | Redaktor
Oriana Fallaci - refleksja w rocznicę śmierci

"Wykorzystywała prowokację wobec islamu także po to, aby powiedzieć Zachodowi, by nie porzucał Kościoła, a Kościołowi, by nie opuszczał Zachodu"

Jakoś tak niezauważona przeszła rocznica śmierci Oriany Fallaci. A szkoda, bo w kontekście tego wszystkiego, co się dzisiaj w Europie dzieje, warto sięgnąć do jej dziennikarskiego dorobku.

Zasłynęła w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku serią wywiadów z najważniejszymi ludźmi tego czasu: Indirą Ghandi, Goldą Meir, Willi’m Brandt’em, Muamarem Kadafim czy Ajatollahem Chomeinim.

Ostatnie lata przed śmiercią upłynęły jej na zmaganiu się z ciężką chorobą, ale także na walce z radykalnym islamem. Jej głos po 11 września 2001 roku był jednym wielkim krzykiem przeciwko defensywnej i asekuranckiej postawie świata Zachodu, sukcesywnie ustępującemu pod naporem muzułmańskim. Jako jedna z nielicznych, miała odwagę publicznie powiedzieć, że cywilizacja zachodnia jest cywilizacją wyższą i doskonalszą, niż świat islamu razem wzięty.

W słynnej “Wściekłości i dumie” potrafiła wyliczyć, kogo cywilizacja zachodnia dała światowej kulturze, literaturze czy nauce i zaraz po tym z rozbrajającą szczerością wyznać, że w tym zestawieniu, islam dał światu jedynie śmierć i zniszczenie. W kontekście Państwa Islamskiego jej słowa były wyjątkowo przenikliwe, by nie rzec prorocze.

Od razu stała się też celem muzułmańskiej nagonki, podchwyconej przez stada zblazowanych i naiwnych Europejczyków, zafascynowanych cywilizacyjnym misz-masz. Potrafiła twardo i po imieniu wskazać zagrożenie, przed którym stanęły kraje zachodnie, nie oglądając się na polityczną poprawność i syki islamskich duchownych, czym doprowadzała ich do szewskiej pasji.

Fallaci była osobą kontrowersyjną, znaną z “niewyparzonego języka”, jak i obcesowości. Nie przejmowała się tym, bo w tym co robiła, była na wskroś autentyczna. Należała do tych nielicznych kobiet, którym ikry pozazdrościć mogłoby wielu facetów parających się dziennikarstwem. Po jej odejściu, nikomu nie udało się już wypełnić luki, jaką po sobie zostawiła.

Oriana Fallaci była współczesną Kasandrą. Nie wieszczyła jednak upadku Troi. Wieszczyła za to upadek Europy. Nie bawiła się w tutaj w żaden dialog międzycywilizacyjny. Uważała go za bezcelowy. Domagała się wytyczenia wyraźnej linii demarkacyjnej pomiędzy nieprzystawalnymi do siebie światami. Broniła - jako "chrześcijańska ateistka" - znaczenia i miejsca kultury chrześcijańskiej w przestrzeni publicznej gorliwiej, niż czyniło to i czyni wielu znanych synów Kościoła.

Brakuje dzisiaj głosu Oriany Fallaci. Zagrożenia, o których tak bezceremonialnie pisała, poczyniły w międzyczasie zatrważające postępy. W ich obliczu Europa stanęła kompletnie bezradna. Fatalizm brukselskiej biuroklracji oraz rządów poszczególnych państw UE już nie tyle zadziwia, co przeraża. Okazuje się, że pęta politycznej poprawności, którymi tak chętnie powiązała się Europa, prowadzą ją dzisiaj nie do wolności, ale w jasyr.

Choć była ateistką, Fallaci chętnie spotkała się z papieżem Benedyktem XVI, do którego żywiła wielki szacunek. Była nim autentycznie zafascynowana jego - jak to ujęła - wrodzoną słodyczą i głębią myśli. Ówczesny biskup pomocniczy diecezji rzymskiej Rino Fisichella, który towarzyszył Fallaci przy końcu jej życia twierdził, że nie było w niej nienawiści do islamu, że jej poglądy na tę sprawę opacznie zrozumiano i że jej krzyk nie był wrogi wobec muzułmanów, lecz głosem skierowanym do Zachodu, aby "nie utracił swej tożsamości, jak Medea, która morduje swe dzieci".

Dodawał, że "Oriana wykorzystywała prowokację wobec islamu także po to, aby powiedzieć Zachodowi, by nie porzucał Kościoła, a Kościołowi, by nie opuszczał Zachodu".

Walka w obronie cywilizacji Zachodu, walka o świat, w którym wzrastaliśmy, o świat naszych wartości, jest przede wszystkim walką duchową. Można rzec dobitniej - jest walką religijną. Dlatego orężem w tej walce nie może być jedynie żelazo i technika. Wiedzą o tym doskonale muzułmanie. Oni walczą o to, w co wierzą. Bezkompromisowo. Brutalnie i bezwględnie, ale i inteligentnie kiedy trzeba, na zasadzie soft power. Stosują wszytkie dostępne środki.

A my?

Maciej Eckardt

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor