Felieton 11 Dec 2018 | Redaktor

Biskup ordynariusz Jan Tyrawa, który przewodniczył Eucharystii w bydgoskiej katedrze z okazji 27. rocznicy powstania Radia Maryja.

8 grudnia 1991 roku rozpoczęło nadawanie z Bydgoszczy Radio „Maryja”. I to jest tytuł, dla którego spotykamy dziś się w odrestaurowywanej katedrze bydgoskiej. Te 27 lat odzwierciedla historię Radia, które towarzyszy historii narodu polskiego ostatniego okresu i po części ją pisze.

Jeśli w tej historii Radio przeżywało niejedną burzę, to była ona echem tych burz, jakich doświadczał naród polski.

Jakie źródła wywoływały te burze?

Nie ukrywajmy i powiedzmy wprost: jednym ze źródeł była koncepcja Polski, która wówczas się odradzała.

Z jednej strony była to koncepcja, którą oddaje wypowiedź: „Ja się nie boję postkomunizmu, ja się boję, co z ruin postkomunizmu wyjdzie; straszna twarz polskiego antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii etc.”

To samo środowisko określiło Jana Pawła II jako persona non grata, kiedy w 1991 r. interpretował podczas IV Pielgrzymki do Polski Dekalog, o czym mówił w wywiadzie „Przekroczyć próg nadziei”.

I to się do dzisiaj powtarza.

Innymi słowy; miałaby to być Polska zsekularyzowana, antyklerykalna, wręcz ateistyczna, całkowicie wyrzekająca się własnej dotychczasowej kultury, dzisiaj dodatkowo przybierająca kierunek, który wówczas był jeszcze w Polsce nieznany, genderyzmu, gdzie m.in. biało-czerwony kolor flagi polskiej miałby być zamieniony na kolor tęczy.

Radio „Maryja” stało się wówczas pierwszym radiem i środkiem społecznego przekazu, które na taką skalę werbalizowało odpowiedź i głosiło te wartości i te prawdy, które pozwoliły Polakom przetrwać czas rozbiorów, okupacji drugiej wojny światowej i komunistycznego zniewolenia. Te wartości i te prawdy, które wyrażały tożsamość społeczną narodu polskiego. To wszystko uświadomiliśmy sobie raz jeszcze, przeżywając setną rocznicę niepodległości.

Dziś widać, że nie jest to błahy spór, że dzieli nas aż do tego stopnia, że nie pozwala wspólnie radować się rocznicą odzyskania niepodległości. I kiedy mogłoby się wydawać, że już gorzej być nie może, wysuwa się nowe postulaty zaostrzające: postuluje się zerwanie konkordatu, zmarginalizowanie „wpływów” Kościoła – tak to się dzisiaj określa – wyparcia go z przestrzeni publicznej, wyrzucenie religii ze szkół, nie tylko dlatego, że to dużo kosztuje, lecz dlatego, aby wprowadzić coś z radykalnych ujęć genderyzmu i dopiero wówczas Polska miałaby być nowoczesna i demokratyczna, bo liberalna.

8Tak na marginesie chcę zaznaczyć, że głosi się te postulaty w czasie, kiedy prezydent Turcji otwiera w Kolonii największy meczet w Europie.*

Kosztował, częściowo także i państwo tureckie, 150 mln, mieści 4,5 tys. wiernych, kopuła jest wyższa niż Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, minarety najwyższe w Europie. W tej Europie, w której kościoły i katedry chrześcijańskie zamienia się na kina, teatry, muzea czy na coś gorszego.

Dzisiaj budowane w Europie meczety, w Warszawie także, odgrywają tę rolę, jaką w średniowieczu odgrywały gotyckie katedry tworzące kulturową twarz Europy.

Postulaty te głosi się w czasie, kiedy w Singapurze prezydent Putin z prezydentem Halimahem Yakobem i ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem uczestniczą we wmurowaniu kamienia węgielnego pod cerkiew prawosławną dla wspólnoty prawosławnej, która w Singapurze obecna jest od końca 2008 roku. Nie tak dawno też prezydent Putin wraz z metropolitą całej Rosji Cyrylem I wmurowali, wcześniej poświęcony, kamień węgielny pod cerkiew prawosławną, odległą o 50 km od Moskwy w miasteczku Kubina.

Cerkiew ma służyć wojsku, ma mieć 95 m wysokości, powierzchnię 10 tys. metrów kwadratowych, może pomieścić sześć tys. ludzi i być trzecią, co do wielkości, prawosławną świątynią na świecie. 25 listopada 2018 w Bukareszcie poświęcono jedną z największych cerkwi prawosławnych na świecie (o długości 120 m., szerokości 70 i wysokości 120) z 25-tonowym dzwonem. Kosztowała 110 milionów euro, trzy czwarte zapłacić rząd. Świątynię wybudowano dla uczczenia setnej rocznicy utworzenia współczesnej Rumunii oraz „za wolność, jedność i godność narodu rumuńskiego”. Tak się realizuje rozdział państwa od Kościoła na świecie.

Od czasu pierwszych przemian trwa i dzisiaj na nowo ożywa spór o ochronę życia poczętego. I na nic się zdają wysuwane argumenty w obronie życia, wypowiedzi znawców zagadnienia i Episkopatu Polski przedkładającego moralną naukę Kościoła. Wszelkie racjonalne argumenty odbijają się jak groch o ścianę. Podejmijmy raz jeszcze refleksję na ten temat.

Czym jest życie? Można powiedzieć, że jest drugim dnem człowieka. Człowiek o tyle jest człowiekiem, o ile żyje, co tak znacząco oddaje język polski; człowiek pozbawiony życia jest trupem, zwłokami. Z życiem nie spotykamy się bezpośrednio, jakby z „nagim” życiem, a jedynie z żywą rośliną, żywym zwierzęciem, z żywym człowiekiem. I jeszcze to, co może najważniejsze: do dzisiejszego dnia nauka nie wyjaśniła genezy życia; życie tłumaczy się jedynie przez życie.

Jaka jest w ogóle kondycja człowieka na tym świecie? Człowieka można unicestwić, zakopać w lesie i tak zostanie na zawsze. Życie się o niego nie upomni tak, jak o siebie upominają się prawa fizyki rządzące rzeczywistością materialną i stąd każdy z nas wie, co się z nim stanie, kiedy będzie próbował wyjść przez okno z dziesiątego piętra. To stąd prawa fizyki nie pozwolą z siebie kpić, sobą manipulować, dowolnie definiować, ich się trzeba po prostu nauczyć i przestrzegać. Natomiast dlatego, że życie się o siebie nie upomni, kiedy zakopiemy je w lesie, kiedy zniszczymy w laboratoriach podczas najróżnorodniejszych eksperymentów, można z niego kpić, je lekceważyć, dowolnie definiować, czynić z nim wszystko, na ile fantazja pozwala.

Czy jest zatem jakiś ratunek dla życia, dla życia człowieka? Jest, jest nim najpierw sumienie drugiego człowieka. Sumienie drugiego człowieka może się o nie upomnieć pod jednym wszakże warunkiem, że uzna w sobie rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem.

Posłuchajcie, co na ten temat mówi człowiek, który nigdy nie deklarował swojej wiary, uchodzący za ateistę Leszek Kołakowski: „Kiedy mówię o «odróżnianiu dobra i zła», mam na myśli tylko takie odróżnienie, którego znaczenie, siła obiektywna, zniewalająca nie zależy od nas; odróżnienie, którego nie możemy ani unieważnić, ani zmienić według naszej woli lub kaprysu, odróżnienie, które zastajemy gotowe, które nam się narzuca i które jesteśmy zmuszeni przyjąć jako prawdziwe. Nie wystarcza zaakceptować to rozróżnienie, a więc przyjąć, że istnieje prawo naturalne, którego oczywiście nie da się nigdy odkryć jako faktu empirycznego; ta wiedza jest mało pożyteczna, jeśli nie jesteśmy zdolni do odczuwania dobra i zła w nas samych.” A zatem sumienie, które w sobie odczuwa dobro i zło.

Co to znaczy? To znaczy, że tak długo, jak długo człowiek będzie miał problem ze swoim sumieniem, jak długo będzie miał problem z uznaniem w sobie rozróżnienia dobra i zła, tak długo będą istnieć ci, którzy będą zakopywani w lesie i tak długo będą istnieć ci, którzy będą to czynić.

Tak długo unicestwiane będzie w laboratoriach życie ludzkich istot i tak długo istnieć będą dokonujący tych eksperymentów i nic nie pomogą tu jakiekolwiek racjonalne argumenty, bowiem człowiek jest zdolny w swojej wolności odrzucić każdy racjonalny argument, jest po prostu za każdym razem „większy”. I tak będzie do końca świata.

Cóż bowiem wspólnego z racjonalnymi argumentami mają wulgarne hasła wypisywane na transparentach niesionych w czasie manif, pochodów organizowanych rzekomo w obronie wolności kobiety do decydowania o sobie w kontekście najistotniejszego problemu, jakim jest życie człowieka. W jaki sposób zatem można podjąć w takiej sytuacji dialog, o którym tyle się dziś mówi, aby spokojnie raz jeszcze przedstawić racjonalne argumenty wypracowane także przez współczesną naukę.

Życie tłumaczy się przez życie, to znaczy także, że trzeba je bronić jako życie, życie samo w sobie. Każda próba określenia, czym jest życie, jest już ograniczaniem jego rozumienia i prowadzi do form wykluczania, m.in. próby decydowania o tym, jakie życie jest godne człowieka, a jakie nie.

Już dawno wykluczono, aby w ocenie postępowania z życiem przywołać miarę godności osoby ludzkiej. Dzisiaj tylko w jednym momencie świat odwołuje się do tej miary, godności osoby ludzkiej, kiedy ocenia Holokaust i oskarża jego sprawców. Właśnie przy okazji faktu Holokaustu ludzie Zachodu wyrażają głęboką pewność – jak pisze Chantal Delsol – „że człowiek posiada wewnętrzną godność, niezależnie od okoliczności i od wartości, jaką jej przyznają różne państwa, nurty intelektualne czy ideologie.”

Objawiło się to z całą oczywistością, kiedy Niemcy oskarżani w Norymberdze o ludobójstwo próbowali się bronić, zasłaniając tym, że takie mieli rozkazy. I wówczas odwołano się do prawa naturalnego, do wrodzonej i niezbywalnej godności osoby ludzkiej. Oskarżonym zabrakło nie tylko własnego ryzyka przeciwstawienia się władzy, jak Antygonie, fragment tego dramatu cytował Jan Paweł II w Wadowicach, ale odsłonił się przerażający brak osobistego sumienia.

Okazało się, że jednostka pozbawiona zdolności krytycznego myślenia wydaje się nieludzka, demoniczna, uboga duchem, brakuje jej czegoś istotnego. To oznacza, że tak rozumiane osobiste sumienie ma sakralny charakter, nie w sensie jakiejkolwiek religii, ale w sensie odniesienia do ludzkiej natury, że pochodzi z góry, jest niezależne od człowieka, człowiek nie ma nad nim władzy, jest transcendentne. Tylko w ten sposób wolność może się samoograniczyć. Jeśli człowiek nie ma nad sobą Innego, który nie pozwala mu uznać się za Boga, to samego siebie uzna za takiego.

Ale w ten sposób nigdy nie pozna różnicy pomiędzy sobą, a swoimi perwersjami. Tutaj jednocześnie objawia się największy paradoks: w przypadku oceny Holokaustu kierujemy się po chrześcijańsku rozumianą godnością osoby ludzkiej, chociaż jednocześnie odrzucamy samo chrześcijaństwo.

Dzisiaj w Katowicach ma miejsce Międzynarodowa Konferencja poświęcona ekologii. A propos ekologii, posłuchajmy, co mówił papież Benedykt XVI na ten temat w Bundestagu: „Powiedziałbym, że pojawienie się ruchu ekologicznego w polityce niemieckiej… pozostanie… głosem, którego nie można ignorować. Młodzi ludzie zdali sobie sprawę, że w naszych stosunkach z naturą coś jest nie tak, że materia nie jest tylko surowcem, który mamy przetwarzać, ale że sama ziemia ma swoją godność, a my winniśmy stosować się do jej wskazań…

Doniosłość ekologii oczywiście nie podlega już dyskusji. Winniśmy słuchać języka przyrody i dawać stosowne odpowiedzi. Chciałbym jednak podkreślić z mocą rzecz, o której – jak mi się wydaje – dziś, podobnie jak i wczoraj, się zapomina: istnieje także ekologia człowieka. Również człowiek ma naturę, którą winien szanować i którą nie może manipulować według swego uznania.

Człowiek to nie tylko wolność, którą sam sobie tworzy. Człowiek nie stwarza sam siebie. Jest on duchem i wolą, ale jest też naturą, a jego wola jest słuszna wtedy, kiedy szanuje naturę, słucha jej i akceptuje siebie takiego, jakim jest, to, że sam siebie nie stworzył. Właśnie w ten sposób i tylko w ten sposób urzeczywistnia się prawdziwa ludzka wolność.”

Sensem tej Konferencji jest ukazanie, że człowiek w stosunku do świata, całego swojego otoczenia jest ogrodnikiem, a nie panem, a cóż dopiero powiedzieć stwórcą. I podobnie ma być z życiem: jesteśmy ogrodnikami, a nie jego panami. Ale to apeluje o odpowiedzialność, rozumność. To rozum w tym miejscu mówi nam, że być odpowiedzialnym, to znaczy być zależnym, podlegać temu, za co jest się odpowiedzialnym, być związanym z czymś, czego nie wybraliśmy, czego nie stworzyliśmy; nie wybraliśmy samych siebie, nie stworzyliśmy samych siebie. Być odpowiedzialnym to widzieć swoje życie jako dług, powinność, która spełnia się przez ofiarę, poświęcenie, a nie ślepy los, fatum, ślepe przeznaczenie. To najbardziej ubogaca, wręcz po prostu czyni człowiekiem.

Być odpowiedzialnym to uznać porządek, w którym jesteśmy zakorzenieni, w którym spełnia się nasza egzystencja, to znaczy dostrzec obowiązki i dopiero także prawa. Człowiek bez zakorzenienia w świat, w jego porządek, w porządek grupy nie ma praw. To powinni wiedzieć także ci, którzy w czasie manifestacji żądają dla siebie praw, poza jakimkolwiek odniesieniem do czegokolwiek. Podobnie także: godność może być nienaruszalna tylko wtedy, kiedy nie jest definiowana.

Definicja ustanawia warunki, co sprawia, że człowiek przestaje być tajemnicą. Człowiek jest tajemnicą, bowiem jego potencjału nie sposób wyczerpać, nie może go wystarczająco opisać żadna nauka.

Jeśli sądzimy, że nauka wystarcza, aby określić, czym jest człowiek, to człowiek nie będzie godny szacunku. To właśnie tworzy bezwarunkowość. Człowiek jest godny nie pod takim czy innym warunkiem, który jest przyznawany z zewnątrz, np. przez społeczeństwo. Stąd też bolesna w swojej wymowie wypowiedź Jana Pawła II. „W tym miejscu pragniemy jednak zwrócić szczególną uwagę na inny rodzaj zagrożeń wymierzonych przeciw życiu poczętemu lub życiu, które zbliża się do końca: dostrzegamy w nich nowe aspekty, nieznane w przeszłości oraz problemy niezwykłej wagi, związane z faktem, że w świadomości zbiorowej te zamachy na życie tracą stopniowo charakter „przestępstwa” i w paradoksalny sposób zyskują status „prawa”, do tego stopnia, że żąda się uznania ich pełnej legalności przez państwo, a następnie wykonywania ich bezpłatnie przez pracowników służby zdrowia. Zamachy te uderzają w ludzkie życie, gdy jest ono najsłabsze i całkiem pozbawione możliwości obrony. Jeszcze groźniejszy jest fakt, że w dużej mierze dochodzi do nich w gronie rodziny i za sprawą rodziny, która przecież ze swej natury powinna być „sanktuarium życia”. (EV11).

Sanktuarium życia, to znaczy, że życie tłumaczy się jedynie przez życie, to znaczy także, że trzeba je bronić jako życie, życie samo w sobie. Czyż najbardziej nie widać godności człowieka wówczas, gdy zostanie z niej odarty? Godności życia trzeba dziś przywrócić jej wewnętrzną wartość. Radykalne przeciwstawienie się zbrodni przeciwko życiu wymaga radykalnej koncepcji godności człowieka, tej wewnętrznej, samej w sobie i dla samej siebie. Inaczej będzie za każdym razem ograniczana czy odbierana w imię zmieniających się idei, na przykład idei zdrowia. Takie ograniczanie koncepcji godności człowieka w swoich najdalszych konsekwencjach prowadzi do unicestwiania moralności. Moralność jest zbyteczna do oceny, co czynimy z człowiekiem, gdy wystarcza taka czy inna zmieniająca się koncepcja, np. prawo stanowione poza prawem natury, czemu wszystko ma być podporządkowane.

W tym miejscu trzeba stwierdzić także i to, że dziś przedefiniowano samo rozumienie sumienia. Podobnie w tym miejscu posłużę się wypowiedzią papieża św. Jana Pawła II – z Jego cytatów o sumieniu można by skomponować książkę, ale ten jest znaczący: „Jak łatwo zrozumieć, istnieje związek między tą ewolucją [w kierunku prawa pozytywistycznego, stanowionego przez to, że 51% głosów jest więcej niż 49%] a kryzysem wokół zagadnienia prawdy.

Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu, w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia: nie jest już ono postrzegane w swojej rzeczywistości pierwotnej, czyli jako akt rozumowego poznania dokonywany przez osobę, która w określonej sytuacji ma zastosować wiedzę uniwersalną o dobru i tym samym wyrazić swój sąd o tym, jaki sposób postępowania należy uznać tu i teraz za słuszny. Powstała tendencja, by przyznać sumieniu jednostki wyłączny przywilej autonomicznego określania kryteriów dobra i zła oraz zgodnego z tym działania. Wizja ta łączy się z etyką indywidualistyczną, według której każdy człowiek staje wobec własnej prawdy, różnej od prawdy innych. Posunięty do skrajnych konsekwencji indywidualizm prowadzi do zaprzeczenia samej idei natury ludzkiej” (VS 32).

W ostateczności życie ludzkie jest „cudem”, jak wielokrotnie będzie nas o tym pouczał Benedykt XVI podczas spotkania z młodzieżą w Sydney. Cud życia widzi Papież m.in. w potędze umysłu, który zgłębia sekrety natury, dokonuje odkryć naukowych. Musi zdumiewać możliwość kreślenia wizji przyszłości. Duch ludzki kreśli cele, wyznacza środki i sposoby ich realizacji. Człowiek odkrywa w sobie niespożyte moce ulepszania siebie i otaczającej go rzeczywistości. Człowiek ma świadomość siebie samego, związku z „królestwem przyrody”. Równocześnie ta świadomość stawia człowieka w wyjątkowej sytuacji; nie podlega prawom przyrody jak reszta stworzenia, ale równocześnie odnosi go do tych praw „na miarę człowieka”, domagając się dobroci, współczucia, wolności, solidarności i szacunku. Takim życiem trzeba umieć się zachwycać, aby odkrywać pragnienie prawdy i głód cnót moralnych, aby odkrywać piękno życia, ostateczny jego sens i moc „do urzeczywistniania jego nadzwyczajnego potencjału.” Cud życia sprawia, że człowiek nieustannie pragnie dobra i piękna, nieustannie chce mu się przezwyciężać własne słabości i niedociągnięcia, nieustannie się chce być dobrym, pięknym, szlachetnym.

Powiedziałem, że o życie może się upomnieć jedynie sumienie drugiego człowieka, bowiem każdy racjonalny argument można odrzucić. Nietrudno jednakże zauważyć, że również ludzkie sumienie jest za słabe, za krótkie, aby zadośćuczynić unicestwieniu ludzkiego życia, zadośćuczynić cierpieniu niewinnego, sprawiedliwego. W ostateczności może to uczynić jedynie sam Bóg.

Jakże pełne pociechy są Jezusowe „Błogosławieństwa”, wypowiedziane w „Kazaniu na Górze”: błogosławieni, błogosławieni… i tak osiem razy. Czy nie niosą one w sobie swoistego obrazu Sądu Ostatecznego? Czy nie będzie on może wyglądał akurat tak, że Pan Bóg przyjdzie i tych, którzy tworzyli piekło na tym świecie, w tym piekle zostawi, niech tam się bawią. A tych, którzy w tym piekle cierpieli niewinnie, z niego wyprowadzi i posadzi razem z Jezusem Chrystusem po swojej prawicy?

Jest takie piękne świadectwo o św. Janie Pawle II: kiedy w Watykanie spotkał się z jednym z księży, który na każdym miejscu go krytykował, po dłuższej rozmowie, kiedy ten pozostał nieprzejednany, Papież powiedział mu tylko tyle: nie pozostaje mi nic innego, jak modlić się za księdza. Jako chrześcijanom – wobec zagubienia prawdy, bo jej zindywidualizowania, wobec zagubienia moralności, kiedy redukujemy człowieka do maszyny, do zwierzęcia, wobec zamiany wolności na perwersję – nie pozostaje nic innego, jak modlić się o przywrócenie właściwego porządku rzeczy i ludzkiej duszy.

Módlmy się też w intencji Radia „Maryja”, które na co dzień pozostaje jednym z nielicznych głosów w naszych domach, które z wielkim trudem i wysiłkiem strzeże w nas i pośród nas owego porządku, Ewangelicznej prawdy, nieustannie wzywa do tego, co może najtrudniejsze, bo tego rozkazem się nie załatwi, ale i najpiękniejsze, abyśmy kierowali się miłością.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor