Kultura 26 Nov 2015 | Redaktor
Kain i Abel z Islandii przeżyli

Rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka; z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciu; dzieci to ciągłe utrapienie… to stereotypowe sądy, z którymi można się spotkać na co dzień. I niewątpliwie jest w nich tyle prawdy, co przesady.

Film „Rams” pozwala spojrzeć na relacje rodzinne w nowy sposób. Nowy o tyle, że pokazuje współczesne życie w jakiejś dalekiej islandzkiej miejscowości, a stary ponieważ podejmuje odwieczny problem relacji między rodzeństwem. Jestem jedynakiem i niewiele wiem o starciach między potomkami tych samych rodziców. Mam skłonność do mitologizowania relacji między rodzeństwem, bo wydaje mi się cudowne mieć u boku kogoś, kto tak samo jak ja albo w niezmiernie zbliżony sposób, przeżywa te same kłopoty życia codziennego. Jednak, gdy patrzę na znane mi rodzeństwa, widzę jak trudny to orzech do zgryzienia. Rywalizacja i ciągła czujność, by było sprawiedliwe; zazdrość o lepsze zabawki, ubrania, atrakcje; nierówność praw powodowana różnicą wieku… To wszystko sprawia, że w tej najbliższej relacji jest trudno. Jeśli jeszcze do tego dodać niezbyt rozumnych rodziców, którzy rzeczywiście, choć może mało świadomie, faworyzują dzieci, to konflikt gotowy.

O takim konflikcie jest film „Rams”. Gummi i Kiddi to bracia, którzy nie rozmawiają ze sobą od… 40 lat. Poróżnili się, ponieważ jeden z nich był bardziej kochany i szanowany niż drugi. Prowadzą samotne życie, w którym najważniejsza jest hodowla owiec. Zwierzęta te nie tylko są ich źródłem utrzymania, nie tylko zajmują im czas, ale także budzą żywe uczucia troski, opiekuńczości oraz kontaktu. Wzruszające są sceny, kiedy ci mężczyźni z zimnego klimatu, o twardych sercach, szorstkich i bardzo spracowanych dłoniach, stają się pełnymi czułości opiekunami swoich owiec. Nie wiem, czy reżyser wybierając to właśnie miejsce realizacji i takie właśnie zwierzęta, był świadomy, że są to istoty ewangeliczne, których szuka Dobry Pasterz. Pokazał jednak wyraźnie, jaka więź potrafi powstać między człowiekiem a podporządkowanym mu i bardzo od niego zależnym zwierzęciem.

Ta troska jest wspólna dla wszystkich mieszkańców osady. Toteż gdy wybucha epidemia, dramat przeżywa każdy. Owce trzeba pozabijać, owczarnie zdezynfekować, a samemu długi czas czekać bezczynnie aż skończy się okres karencji. I choć da się przeżyć, bo wszyscy są ubezpieczeni, to sens życia umyka i nastaje jeszcze większa cisza w tej zimnej, wielkiej, islandzkiej głuszy, w której tylko wiatr swobodnie pływa między łagodnymi i bardzo ubogimi w roślinność wzgórzami.

Gummi i Kiddi także doświadczają dramatu rozstania ze swoimi żywicielami i przyjaciółmi. Obaj nie umieją sobie poradzić z ogołoconymi owczarniami. Kiedy już znajdują rozwiązanie okazuje się ono… I tu trzeba mi zamilknąć, by nie zepsuć radości, czy raczej przyjemności oglądania tego pięknego filmu.

Można się domyśleć, że bracia zaczną ze sobą rozmawiać, jednak jak do tego dochodzi, trzeba zobaczyć samemu. Kain i Abel przeżyli. Abel i Kain zrozumieli, że są sobie niezbędni. Zakończenie jest bardzo poruszające i tchnie czystością, delikatnością, pięknem.

Film pokazuje zupełnie inną dla nas kulturę. Język w Islandii jest ostry, pełen przydechów i charczenia. Wydaje się w nim niemożliwe powiedzenie czegoś, co byłoby ciepłe i miłe. Wszyscy tam noszą swetry podobne do tych, które u nas nazywa się "góralskimi". Wszyscy też znają smak zimna i konieczność walki o przetrwanie. Ta mała społeczność jest sobie bliska, choć nie ma w tym cukierkowatych uśmiechów i słodkich ciast przynoszonych na każde spotkanie.

Kilka razy na ekranie widzimy Kiddiego i Gummiego bez ubrań. Ta nagość starych mężczyzn jest piękna. Pozwala ukazać jak bardzo są sami, jak strasznie puste są ich domy, w których nie ma się przed kim zakrywać ręcznikiem.

Film "Rams" to opowieść o Kainie i Ablu na islandzkich dzikich połaciach. Kończy się inaczej niż ta biblijna, ale jest równie poruszająca.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor